Kiermaszowy maraton, czyli to co lubię najbardziej
Co prawda wolę Bożonarodzeniowe jarmarki, ale Wielkanocne też nie są złe. Dzień przed Niedzielą Palmową ruszyłam więc na poszukiwanie skarbów wśród stoisk warmińsko-mazurskich rękodzielników.
Pierwszy przystanek o 9 rano w Prejłowie. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że w mojej gminie nie brakuje zdolnych ludzi. Zaopatrzona w przyozdobione kacze i gęsie wydmuszki oraz kwiatek ze skóry, zaliczyłam kolejny przystanek, czyli Dywity. Niestety w targowej stodole były dziś głównie żywnościowe skarby.
Jednak główny cel wyprawy był jeszcze przede mną. Żeby do niego dotrzeć, trzeba było przejechać ponad 100 km na zachód, aż do Elbląga. Odbywała się tam 19 marca bardzo wesoła uroczystość - "Pogrzeb żuru i śledzia". Pierwszy wrażenie i szok - zamiast obiecanych dziesiątek stoisk ze świątecznymi ozdobami, kilka opustoszałych kramów z kiełbasami. Najwyraźniej elblążanie rzucili się na smakołyki z samego rana i wymietli je niemal do szczętu. Na szczęście okazało się, że to dopiero początek, że jest jeszcze druga - i to większa - sala pełna stoisk rękodzielniczych.
Udało mi się znaleźć kilka prawdziwych skarbów, dla których warto byłoby przyjechać nie 100, ale nawet 1000 km.
Pierwszy przystanek o 9 rano w Prejłowie. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że w mojej gminie nie brakuje zdolnych ludzi. Zaopatrzona w przyozdobione kacze i gęsie wydmuszki oraz kwiatek ze skóry, zaliczyłam kolejny przystanek, czyli Dywity. Niestety w targowej stodole były dziś głównie żywnościowe skarby.
Jednak główny cel wyprawy był jeszcze przede mną. Żeby do niego dotrzeć, trzeba było przejechać ponad 100 km na zachód, aż do Elbląga. Odbywała się tam 19 marca bardzo wesoła uroczystość - "Pogrzeb żuru i śledzia". Pierwszy wrażenie i szok - zamiast obiecanych dziesiątek stoisk ze świątecznymi ozdobami, kilka opustoszałych kramów z kiełbasami. Najwyraźniej elblążanie rzucili się na smakołyki z samego rana i wymietli je niemal do szczętu. Na szczęście okazało się, że to dopiero początek, że jest jeszcze druga - i to większa - sala pełna stoisk rękodzielniczych.
Udało mi się znaleźć kilka prawdziwych skarbów, dla których warto byłoby przyjechać nie 100, ale nawet 1000 km.
Przede wszystkim przepiękna i doskonale technicznie wykonana biżuteria sutasz.
Zakochałam się w cudnych maleńkich zabawkach robionych szydełkiem - niektóre maleństwa miały kilka centymetrów.
Pięknie prezentowały się też biżuteria z zatopionymi w szkle pęcherzykami powietrza i promykami słońca.





Komentarze
Prześlij komentarz